Tu i teraz z dzieckiem

Jednym z celów, jaki przyświeca nam przy tworzeniu tego magazynu, jest propagowanie wśród polskich rodziców koncepcji dzieciństwa bez prądu. Ponieważ idea ta jest dość świeża, dlatego pomyślałam, że dobrze by było trochę ją przybliżyć, bo zapewne nie wszystkim jest znana. Swoją opowieść o dzieciństwie bez prądu rozpocznę nieco przewrotnie – bo od wyjaśnienia tego, czym ono NIE JEST.

Absolutnie nie jest wyrzeczeniem się cywilizacji. Nie musimy palić telewizorów, odcinać Internetu, wyrzucać kupionych za worki pieniędzy edukacyjnych zabawek. Nie będę podejmować prób wmówienia Wam, że tablet, smartfon i w ogóle prąd to zło wcielone i trzeba się go pozbyć z życia. Nie będę mydlić oczu, że moje dzieci nigdy nie widziały laptopa czy nie oglądały bajki. Albo też, że nie zdarzyło mi się wymienić swojego telefonu na kwadrans spokojnego gotowania obiadu. Bądź co bądź, gadżety elektroniczne bardzo słusznie nazywane są zdobyczami cywilizacji i nie zamierzam tego podważać. Ponadto, abstrahując od naszych przekonań, rolą rodzica jest przede wszystkim przygotowanie młodego człowieka do samodzielnego życia w otaczającym go świecie. I czy nam się to podoba, czy też nie – świat staje się coraz szybszy, bardziej mobilny i skomputeryzowany.

Skoro zatem już wiecie, czym dzieciństwo bez prądu nie jest, możemy wspólnie zastanowić się jak rozumiemy to pojęcie. Mam nadzieję że przy okazji udało mi się Was przekonać do tego, że do żadnego radykalizmu nie będę Was namawiać.

Jeśli jesteście rodzicami kilkuletniego dziecka, to z dużą dozą prawdopodobieństwa mogę przyjąć, że sami urodziliście się w latach ’70 lub ’80. W związku z tym wspomnienia z Waszego dzieciństwa są zapewne podobne do moich. Osiedlowe bandy, fikołki na trzepaku, samotne powroty ze szkoły
z kluczem na szyi. Pewnie pamiętacie budowanie bazy z koców i poduszek, wiecie jak się gra
w podchody, w klasy czy dwa ognie. Przypominacie sobie pomalowane kolorową kredą chodniki? Może mieliście przygodę z harcerstwem? Osiedlowe podwórka tętniły życiem, stanowiły centrum lokalnej rozrywki, a dzieciaki spędzały na nich więcej czasu niż w szkole czy w domu. Oprócz pięknych wspomnień, do których lubimy wracać, jest coś jeszcze ? otrzymaliśmy olbrzymią dawkę samodzielności, zaradności, kreatywności i przepięknie rozbudzonej wyobraźni. Dzięki wielogodzinnemu przebywaniu na świeżym powietrzu wzmacniał się nasz układ odpornościowy
i stawaliśmy się sprawniejsi fizycznie. Ponadto w naturalnych warunkach mieliśmy okazję ćwiczyć współpracę i rywalizację w grupie.

Ponieważ nie mieliśmy zbyt wielu zabawek, liczyła się sama zabawa. Dziś półki w pokojach dzieciaków uginają się od zabawek, a one narzekają na nudę, którą są w stanie zabić tylko poprzez oglądanie bajek lub granie w gry komputerowe. Czy nie macie poczucia, że coś poszło nie tak?

Mimo, iż wielu z nas wychowywało się w blokach z wielkiej płyty, bliżej nam było do natury, niż dziś dzieciakom z podmiejskich domów z przepięknymi ogrodami. Wiele się zmieniło przez ostatnie 30 lat. Tempo życia, postęp technologiczny, wszechogarniający wyścig szczurów, który sprawia, że istnieją takie absurdy jak lekcje chińskiego dla dwulatków (serio, serio!). Z jednej strony ciężko za tym wszystkim nadążyć. A z drugiej – tak bardzo chcielibyśmy dla naszego dziecka dobrze, że popychamy je do tego, by biegło w tym wyścigu szybciej. A gdyby tak…

Gdyby tak zwolnić?

Zwrócić się ponownie w stronę przyrody, przywrócić należną rangę wolnej, nieskrępowanej zabawie oraz znaleźć przestrzeń na nudę i odkrywanie otaczającego świata w swoim tempie. To właśnie są filary dzieciństwa bez prądu, czyli tak naprawdę powrotu do podstaw, które dobrze znamy.

Nurt wziął swoją nazwę od hasztaga #childhoodunplugged, który pojawił się na Instagramie za sprawą Moniki Calderin. To amerykańska matka trzech synów, która zapisała się na kurs fotografii. Jednym
z zadań domowych było kompletne odcięcie się od elektroniki na 24 godziny. Jak sama mówi – było to doświadczenie, które zmieniło ją i całą jej rodzinę. Postanowiła przywrócić swoim synom dzieciństwo, odrywając ich od elektronicznych gadżetów, które zdominowały ich życie. Swoim pomysłem podzieliła się z grupą znajomych fotografów i wspólnie zaczęli dokumentować analogowe urywki z życia swoich dzieci. Założyli bloga, konto na Instagramie, a później ich pomysł poniósł się wielką falą przez Internet. Okazało się, że ziarno zasiane ich zdjęciami, trafiło na wyjątkowo żyzny grunt, bo w różnych krajach, nawet tych najbardziej odległych, rodzice dochodzili do podobnych wniosków. Wszyscy chcieli, aby dzieci PRZEŻYWAŁY dzieciństwo, a nie PRZEGRYWAŁY je na tablecie czy komputerze. Żeby poznały zapach wiatru w lesie, żeby skakały po kałużach, zbierały grzyby, łowiły ryby. Aby miały szansę
i możliwość ubłocić się gotując „pulpety”, bawić się w chowanego, w berka, puszczać wielkie bańki mydlane, oglądać wieczorem gwiazdy. Czy też może spać pod namiotem, dbać wspólnie o rośliny i piec kiełbaski nad ogniskiem. Aby rodzinie znów było do siebie bliżej, aby był czas, kiedy pomiędzy jej członkami nie ma elektroniki, nie ma maili, smsów, gier. Aby zamiast tego była bliskość. Bliskość
i celebrowanie codzienności.

Dla mnie dzieciństwo bez prądu wiąże się bardzo mocno z uważnym rodzicielstwem, które na dobrą sprawę jest jego drugą stroną. Celem jest tutaj budowanie kontaktu i więzi z dzieckiem poprzez spędzanie z nim czasu w sposób mądry, obecny i twórczy. Jednak o tym chciałabym opowiedzieć szerzej następnym razem. Dziś tylko półżartem – nie chodzi o to, aby oderwać dzieci od tabletów
i smartfonów po to, abyśmy my, rodzice, spokojnie mogli sobie z nich skorzystać. Ani w drugą stronę – koncepcja nie zakłada wcale, że opiekunowie mają przejąć rolę „czasoumilaczy”. Nie, to nie tak. Być może z początku dzieci będą potrzebowały naszego wsparcia czy wręcz współuczestnictwa. Podobnie jak pokazaliśmy im w jaki sposób korzystać z komputera czy konsoli, teraz musimy stać się modelami tego nowego sposobu na życie. Jednak docelowo chodzi o wolną, beztroską, nieskrępowaną zabawę, którą ogranicza tylko dziecięca wyobraźnia. Możemy być jej uczestnikami, jeśli tak zdecydujemy. Możemy być widzami. Możemy się wycofać, bo jestem pewna, że kiedy rozbudzimy ich ciekawość świata i chęć eksperymentów, nie będą się chciały zatrzymać na tej drodze.

Dziś na samym Instagramie jest prawie 2,5 MILIONA zdjęć oznaczonych hasztagiem #childhoodunplugged. Oczywiście ilość często nie świadczy wcale o jakości, ale wysuwam przypuszczenie, że tym razem jednak tak jest. Że to głos pokolenia, naszego pokolenia, które się budzi
i które chce uratować dzieciństwo swoich dzieci, zanim będzie za późno…

Zadbajmy o to, aby kiedyś ich wspomnienia były piękne, pełne życia i zdarzeń, przyrody, bliskich ludzi. Chciałabym, aby ten felieton zainspirował Cię. Jeśli nie do zmiany podejścia w sprawach fundamentalnych, to chociaż do niedzielnego, rodzinnego spaceru, podczas którego WSZYSCY wyłączycie telefony i będziecie TU i TERAZ. Jest zima, piękny czas, by zacząć przygodę z dzieciństwem bez prądu. Zorganizujcie rodzinne budowanie igloo, weźcie ze sobą termos z gorącym kakao, zapasowe rękawiczki (tak, będą potrzebne :P) i wyjdźcie z domu. Pozwólcie, aby mróz poszczypał Was trochę w policzki, a po powrocie do domu, usiądźcie wszyscy razem i napijcie się pysznej herbaty
z sokiem z malin. Zagrajcie w Jengę. Albo poczytajcie książkę – jedną, wspólną. Zagrajcie w karcianą wojnę. Zbudujcie bazę przy pomocy kuchennego stołu i koca… Dajcie swojej fantazji rozwinąć skrzydła. A przede wszystkim – bawcie się!

Z przyjemnością przeczytam Wasze relacje, wnioski, sugestie i wątpliwości: redakcja@millionclouds.pl

Tekst i zdjęcia: Kaja Wolnickawww.moi-mili.pl

@2016 MILLION CLOUDS MAGAZINE. ALL RIGHTS RESERVED. Created by FoxSoft.pl